29 maja 2006

# 193

Będąc trzy i pół roku w szczęśliwym związku, chciałabym podziękować wszystkim moim "nieszczęśliwym miłościom" - jak o nich wtedy mówiłam, choć teraz z perspektywy czasu myślę, że z miłością to one miały niewiele wspólnego. Tak czy inaczej, wszystkim tym nastoletnim moim zauroczeniom serdeczne dzięki: za wszystkie fatalne ich skutki, za łzy i rozczarowania, za wszystkie te "dlaczego nie zadzwonił?", które w konsekwencji doprowadziły do tego, że odcięłam się na długi czas od usilnych poszukiwań kogoś bliskiego, skupiając się dla odmiany na sobie.

Dzięki temu nabrałam do siebie szacunku - mając szesnaście lat naprawdę się o to nie dba, ale z czasem człowiek wiele zyskuje, kiedy umie docenić swoją niezależność. Zaczęłam organizować sobie czas sama dla siebie, odkryłam wiele pozytywnych cech samotności i chociaż słowo to kojarzy się po pierwsze z tęsknotą do jakiejś wyimaginowanej drugiej połowy, to jest też druga strona medalu - mnóstwo czasu dla siebie.

I po takim treningu, w najmniej oczekiwanym momencie, miłość sama się znalazła. Najmniej oczekiwanym - a mimo to jak najbardziej odpowiednim - bo wtedy już na to zakochanie byłam odpowiednio przygotowana. Nie dołączyło ono do grona nastoletnich wybryków i żartów, ale mogło się - właśnie wtedy - przerodzić w coś tak pięknego, dojrzałego.

Obserwuję bliższych i dalszych znajomych, uwikłanych w jakieś dziwne znajomości czy tkwiących w toksycznych związkach, z czego często nawet nie zdają sobie sprawy i myślę, że to nie tylko kwestia czasu i zrozumienia pewnych spraw, ale też głupiego farta po prostu. I aż trudno mi uwierzyć, że miałam jedno i drugie.

Brak komentarzy: